Nasze doświadczenia i emigracja, życie w innym kraju. Włochy.

Święto pracy, dzień flagi, 3 maja nasza polska Konstytucja. Ostatnie dni kwarantanna, ograniczenia w podróżowaniu skłaniają trochę do refleksji.

Dziś, 2 maja to święto ponad 20 milionów Polaków mieszkających za granicą, tzw Polonii.

To coroczna majówka celebrowana przez polaków jak świat długi i szeroki. To też czas kiedy dociera też do mnie cała ta nasza emigracja i przez jakie etapy przechodzimy.

Nasze podróże rowerem nad Jeziorem Garda

No właśnie i co to znaczy?

Wiele osób uważa że ludzie żyjący na emigracji, czyli poza swoim krajem, czasowo czy na stałe, że mamy dużo łatwiej. Ile razy słyszałem że mamy lepiej, więcej możliwości. Nie chcę tu wchodzić z argumentami czy jest łatwiej czy trudniej, bo każda sytuacja wygląda totalnie inaczej. Wiem na pewno jedno. Mało kto decyduje się na taki krok z powodu zamiłowania do jakiegoś kraju czy chęci w nim zamieszkania. Zdecydowana większość osób żyjących poza swoim krajem zdecydowała się na takie zmiany z konkretnych często trudnych powodów.

Jak było to u nas?

Przyznaję że dla mnie decyzja o wyjeździe była jedną z najtrudniejszych w życiu. A czas i pierwsze miesiące we Włoszech – na stałe, były u mnie chyba najgorszym okresem jaki pamiętam. Nie wiem czy psychologia ma takie pojęcie jak „depresja emigracyjna”, ale mam wrażenie że dopada ona bardzo dużo ludzi.

Wycieczki rowerowe w regionie Bari

Powodów jest bardzo dużo, u nas jednym z nich jest ten oczywiście finansowy.

Dla nas ratunkiem całej sytuacji, która nawarstwiała się u nas od wielu miesięcy czy lat był właśnie wyjazd. I pomimo tego że miałem świadomość że nie będzie to łatwy okres i trudno ocenić jak się skończy. To jako „głowa rodziny” nie miałem innego wyjścia.

Zdecydowaliśmy się w zasadzie z dnia na dzień „sprzedać” wszystko w kraju i ruszyć w nowy świat. W naszej opinii był to najlepszy moment.

Zosia miała niewiele ponad rok, czyli mieliśmy czas by „odnaleźć” się w nowym świecie by wysłać ją później do przedszkola. W Polsce pamiętam były też wtedy ogromne zmiany w polityce.

W samej emigracji specjaliści rozróżniają nawet wiele etapów. Od depresji i prób samobójczych po zachwycenia się nowym krajem i ludźmi, otoczeniem. Nam do tego ostatniego etapu jeszcze brakuje, ale te pierwsze już przeszliśmy. Oczywiście próby były nieskuteczne bo wszyscy żyjemy :-P, baaa… jest nas nawet jeden człowiek więcej. 🙂

Znajdujemy się przecież w totalnie innym świecie.

Daleko od wszystkiego co znamy i pomimo tego że Włochy znaliśmy od lat. Ale była to znajomość „wakacyjna, urlopowa”. To wchodząc w życie codzienne, problemy nasze i świata w którym się znaleźliśmy często totalnie nas paraliżuje.

Pamiętam jak w pierwszych miesiącach. Każdą okazję na paczkę z kraju, pod tytułem wędliny, kabanosy, kiełbasa przyjmowaliśmy i walczyliśmy ile by ona nie kosztowała. Dawałem się pokroić za kawałek kiełbasy, a nawet sam jej zapach.

Dziś jest lekko inaczej. I przyznaję że ten etap mam już daleko za sobą bo totalnie nie brakuje mi już tych smaków. Smaki właśnie zmieniają się z czasem. I już dziś wiem że ta kiełbasa nie smakuje nigdzie indziej tak jak w Polsce. A Włoskie sery czy wędlina nie smakują tak jak tutaj.

Do Włoch na stałe przyjechaliśmy na początku lutego.

Nasze ostatnie zdjęcie we Wrocławskim mieszkaniu, zaraz przed wejściem do samochodu i podróżą

Luty we Włoszech to jeden z najzimniejszych miesięcy.

Na południu kraju, w Puglii gdzie trafiliśmy zimno potęguje jeszcze wilgoć. Olbrzymia wilgotność powietrza, do tego stopnia że rano wyjmując ubrania z szafy są normalnie mokre.

Totalnie nie potrafiliśmy tego ogarnąć. Im więcej ogrzewaliśmy nasze mieszkanie, tym bardziej wychodził grzyb i czarniały ściany. Tubylcy doradzali nam by otwierać okna i wyrównywać temperaturę.

Dla nas ludzi którzy spędzili większość życia w ciepłych domach. Gdzie wystarczyło odkręcić grzejniki, a zimą w domach było przytulnie ciepło zdecydowanie nowa sytuacja była ogromnym szokiem.

Wiosna, przyszła pamiętam w zasadzie z dnia na dzień. Zimno, zimno i nagle upały. Dosłownie. Na południu było to bardzo odczuwalne. Cały świat dookoła wystrzelił takimi kolorami kwiatów i zapachów że było to aż dziwne. Robiło się coraz cieplej. Upały i nadmiar witaminy D, wręcz dołowały, bo wciąż nie przywykaliśmy do nowych zasad świata w którym się znaleźliśmy.

Bari, rok 2015

Zaczynało nam brakować coraz więcej polskości.

Lasów, parków, znajomych, Wrocławskiego miejskiego pędu.

Właśnie znajomi, rodzina, polska codzienność.

Dla mnie ogromną przepaścią był język. Przyznaję że do dziś jest to mój największy kompleks. Pomimo tego że umiem się swobodnie skomunikować, to ciężko mi dyskutować o polityce. Czy tym wszystkim o czym Włosi rozmawiają przy każdej okazji.

Uwierz że, Ci na południu rozmawiali dosłownie o wszystkim. Nawet jeśli znajomość to kilkuminutowa przygoda na ulicy, można było poznać rozmówcę i jego całe życie z największymi tajemnicami.

Praca

Pomimo dużego doświadczenia w Polsce i ciekawych stanowisk we Włoszech zaczynałem od zera. I tak bez języka zostałem spawaczem. Ojciec przyuczył mnie przez kilka dni, załapałem szybko. I pomimo że dziś robię totalnie co innego to początki były ciężkie.

Pamiętam że znalezienie tej pierwszej na południu kraju. Regionu, który przez samych Włochów określany jest jako trzeci świat graniczyło z cudem.

I oceniając to jak wyglądały pierwsze spotkania z pracodawcami. Jestem prawie pewien że bez znajomości i pomocy moich rodziców byłoby to niemożliwe.

Pomimo tego że Ojciec znany był w „środowisku” to pracodawcy oszukiwali tam na każdym możliwym kroku. Pamiętam jak w pierwszej pracy dostałem propozycję wynagrodzenia niższą niż minimalna krajowa w Polsce. A jak po wypłacie okazało się że pracodawca wliczył, wszystkie dodatki, które przysługiwały mi od państwa. Wtedy to ok 200 euro, to ja kosztowałem go wtedy totalnie śmieszne pieniądze.

I pomimo że pracowałem fizycznie po 10 godzin dzienne. Jak każdy tam pracujący bo wytłumaczyć mogli mi obowiązki mogli na migi, to spadłem z krzesła dostając wypłatę.

Dla nas początek życia w nowym miejscu było bardzo skomplikowane. W zasadzie całe mieszkanie mieliśmy „skonstruowane” naszymi i znajomych rękoma. Meble z palet, z odzysku.

Powoli wypełniając każdy kąt. Wiele z tych realizacji wspominam też na stronie, która powstała do wspomnień tego okresu. (klik) Made by SUS

Stolik z palet na których przyjechały nasze rzeczy z Polski.

Dojazd

Do Włoch trafiliśmy też dość nietypowo. Bo sami wsiedliśmy wtedy w nasze małe auto, gdzie mieliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, a reszta jechała do nas kurierem na palecie.

Wysłana dzień wcześniej przed startem. Pamiętam pakowanie i jak opuszczaliśmy nasze mieszkanie we Wrocławiu. Wyjeżdżałem wtedy już z gorączką. Zima i kilka set razy schodzenie, wchodzenie i kompletowanie palety przed klatką i wejściem do bloku. Przecież była zima.

Podczas drogi, ok 24 godziny w aucie zjadłem chyba dwa opakowania Ibupromu by mnie trzymał na nogach. Jak dojechaliśmy na miejsce i wszedłem do rodziców wręcz odpłynąłem chorobowo, i takiego stanu nie pamiętam. Uziemiony kilka dni w łóżku nie zacząłem nowej przygody ambitnie.

Co spotkało nas na miejscu

Śmieszna była też sytuacja jak wypełniając umowę ich księgowy. (wydawać by się mogło wykształcony człowiek). Nie mógł uwierzyć że nasz przyjazd do Puglii był na zasadzie wejścia do samochodu i przyjazdu. Że nie mamy paszportu, zielonych kart i całej masy pozwoleń, które wydawały mu się niezbędne.

Inną zabawną sytuacją było też jak chciałem i w zasadzie musiałem zarejestrować się jako bezrobotny. W urzędzie pracy – w pierwszych tygodniach nie miałem pracy. Byłem z rodziną i musieliśmy mieć jakieś ubezpieczenie i opiekę medyczną. To w urzędzie pracy pracownik odmówił mi rejestracji. Uznał (bezprawnie) że muszę mieć stos włoskich dokumentów, co było totalną bzdurą.

Bo jako obywatele Unii Europejskiej mieliśmy trochę inne prawa niż emigranci z Afryki, których było bardzo dużo. I pomimo interwencji w drugim mieście, które nadzorowało to nasze mniejsze. Gdzie był szef tego który odesłał mnie z kwitem on jako przełożony nic nie mógł zrobić. Wręcz miał związane ręce i zarejestrował mnie trochę okrężną drogą jako dyrektor regionu w swoim mieście.

Totalne typowo Włoskie absurdy i urzędnicze decyzje na poziomie pracownika w okienku.

Nasze paletowo skrzynkowe mieszkanie


Zabawne było jak jakiś czas później Paulina się rejestrowała w tym samym urzędzie. Mając już wyrobiony Włoski dowód i otrzymała od razu opinię że nie ma co liczyć na pracę. Bo w tej gminie kobiety jak ona zajmują się domem a nie chodzą do pracy.

Więcej o życiu na południu i naszych doświadczeniach przeczytasz w wywiadzie z Kasią Munnich.

Południowy Włoski inny świat

Dla nas południe Włoch do codziennego życia i relacji z ludźmi trochę wychłostało. Jest to bez wątpienia piękny region na wakacje i oderwanie się od codzienności. Natomiast dla nas osób żyjących w ogromnym tempie dużego Wrocławia. Jak trafiliśmy do małej południowej miejscowości gdzie życie zwolniło o kilkadziesiąt razy dostaliśmy psychicznie w kość.

Wycieczki rowerowe po ruinach Puglii

Być może byłoby inaczej gdybyśmy trafili tam też bez uprzedzeń, w innych okolicznościach konieczności wyjazdu z Polski. Że to właśnie tam spotkaliśmy się z taką tęsknotą do poprzedniego życia. Wszystkich tych różnic w każdym dosłownie obszarze codziennego życia byłoby inaczej i może przetrwalibyśmy ten czas. Okres pierwszego etapu emigracji, rozłąki i depresji.

Ale przy pierwszej okazji odkładania kasy, zgromadzenia pewnych oszczędności by móc wyrwać się z tamtego świata ruszyliśmy przed siebie.

Takim sposobem, właśnie palcem po mapie trafiliśmy nad Jezioro Garda.

Nowy region, nowe życie Jezioro Garda

Dla nas to była połowa drogi do świata, którego wciąż nam bardzo brakowało – Polski. Tłumaczyliśmy sobie że stąd będziemy mieć zaledwie 1000 km do naszego Wrocławia. Że tyle w promieniu godziny drogi jest tyle lotnisk i połączeń samolotowych. Można będzie latać w każdej możliwej finansowo sytuacji.

Jezioro Garda i nasze najlepsze plaże

Sam nasz wyjazd też nie był łatwy.

Początkowo przyjechałem tu sam, wylądowałem w Bergamo (z południa Włoch to ponad 1000 km, więc samolotem było szybciej niż autem). Odebrałem auto z wypożyczalni i ruszyłem przed siebie.

Pierwsza noc w jakimś hotelu, później następne w prywatnych pokojach i rożnych miejscach. Jeździłem od agencji pracy do agencji zostawiając setki formularzy i wniosków o pracę.

Przez pierwszy tydzień kompletnie nic się nie działo. Oszczędności zaczynały się kurczyć i świadomość tego że to dopiero początek, nie napawało mnie to dużym optymizmem. Na szczęście po weekendzie telefon zaczął dzwonić. Jeno spotkanie, kolejne, i tak trafiłem do Desenzano.

I pomimo że pierwszą propozycję pracy miałem pod Bergamo. Region ten w pierwszych dniach wydawał mi się bardziej miły i przyjazny. A okoliczne góry czarujące wybrałem ten gdzie jesteśmy teraz.

Przyznaję że wtedy totalnie nie wiedziałem czym jest Jezioro Garda i co mnie tu czeka. Śmieszne było też miejsce gdzie pierwszy raz się zatrzymałem, to była okolica Desenzano i część, która nazywa się Vo. (między Padenghe a Desenzano).

Tutaj wręcz bez większego zająknięcia wkroczyliśmy w kolejną fazę naszej emigracji.

Zostaliśmy zauroczeni miejscem w które trafiliśmy.

I pomimo naprawdę wielu kłód pod nogi które też na nas spadły w pierwszych miesiącach. Chociażby tego że przez pierwszy okres zmieniliśmy mieszkanie raz w tygodniu, mała Zosia. Paulina w ciąży to wciąż szukaliśmy naszego kąta.

Wynajęcie mieszkania we Włoszech totalnie różni się od tego jak wygląda to w Polsce. Weryfikacje, rekomendacje, polecenia, umowy na 4 lata z opcją przedłużania na kolejne 4. W naszym przypadku trafiliśmy jeszcze na właściciela służbowego policjanta, który przeciągał nas kilka tygodni.

Trwając w naszej emigracji mam wrażenie z każdym tygodniem, miesiącem uświadamiamy sobie ze dom i miejsce jest tam gdzie my jesteśmy. Nasz zaczęliśmy tworzyć w odmiennym świecie do którego przywykliśmy w Polsce. Bez wątpienia wiele sytuacji zbliżyło nas jako rodzinę. I pomimo że wciąż targają nas emocje i „rodzinne” relacje 😉. To najczęściej na koniec dnia zasypiamy razem (wciąż w naszym jednym dużym 4 metrowym łóżku).

Wiem że wiele sytuacji, na które napotkalismy podczas naszej drogi zbliżyło nas do siebie. Będąc w komfortowym świecie i polskiej codzienności całej masy rzeczy byśmy nie doświadczyli, nie wiedzieli. Dla mnie to wszystko jest dobrą zmianą w życiu. I pomimo tego wszystkiego co przeżywałem te kilka lat temu. Całej niepewności, wręcz bezradności na jaką natknęliśmy się w nowym kraju. Dziś mogę powiedzieć że było warto.

Zachęcam też do innego wpisu o tym jaką różnice w codzienności i życiu widzimy w relacjach Polska Włochy

Cieszę się że Zosia i Aleksander wychowują się z dwoma językami.

Że poznają nową kulturę i świat, region, całkiem innych ludzi.
Pomimo wszystko co nas spotkało wciąż zachowujemy naszą polskość. Czujemy się Polakami, w domu rozmawiamy po Polsku, zachowujemy nasze tradycje.

Często wracamy do Polski. Cieszymy się że jesteśmy tu gdzie jesteśmy. To czy miejsce i świat zatrzyma nas tu na stałe, dłużej krócej jeszcze się okaże. Dziś jesteśmy tutaj. Wciąż brakuje nam wielu rzeczy z Polski. Pomimo że nasz poziom życia zmienił się przez te kilka lat znacząco. I robimy rzeczy o których nawet bym nie marzył na początku. To wciąż brakuje nam znajomych i relacji z ludźmi których nic tu na miejscu nie zastąpi.

Wiem też że ciągle dużo przed nami.

„Bo najważniejsze są dni których jeszcze nie znamy.”

Emigracja czy warto??

Nie wiem.

Jest w tym wszystkim tyle plusów, tyle minusów tyle nauki, upokorzenia, wartości, które człowiek zdobywa w całym tym czasie.

Dlatego nie ma na to złotej rady. Każdy człowiek jest tak inny że totalnie nie można tu ujednolicić i dać złotej rady.


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *